II - VI 2020

„Kreuzweg”


Gdy schodził po schodach

Nie płakał jak zwykle;

Swe serce zostawił w wiedeńskiej katedrze.

A przedtem jeszcze, tak grał na pianinie

Jak się biegnie na pociąg – spóźniony.

 

 

Dawniej mówił bez przerwy, wieloma językami

Przez swoje teorie w absolut się stapiał;

Lecz kiedy upadek z wysoka bolał okropnie,

Nikt inny nie płakał – tylko on sam płakał.

 

 

I wtedy – pamiętam –

Zamieniał się w ciszę

Być może ze wstydu, lecz raczej z pogardy

Do siebie i bliźnich, tych żywych i zmarłych

I padał na kolana, i płakał.

 

 

Więc pewnie rozumiesz,

Jak to osobliwe zdarzenie poranne mnie zastanowiło:

Gdy schodził po schodach

Nie płakał jak zwykle;

Nie grał na pianinie,

Nie rozmawiał.

 

 

I zawołałam za nim: „Cóż się z tobą stało?

Do Wiednia możesz wrócić w każdym momencie!”

Przystanął w miejscu, uśmiechnął się mile

Lecz spojrzenie miał tego, kto do swego serca

Przenigdy wracać nie chce.





„Smutne zakończenie piosenki o chłopcu o siedmiu sercach”

 

 

 

"Sevilla es una torre llena de arqueros finos.

Sevilla para herir. Córdoba para morir."

 

(Federico García Lorca)

 

Jedna warstwa ziemi – marzenia.

 

Druga warstwa ziemi - tak mi przykro --

 

nerwowe odrzucenie łopaty,

 

jak to się mogło stać, to wszystko, co Cię spotkało?

 

Tak bardzo drodzy mi są Twoi przyjaciele,

 

którzy wiedzieli - którzy płakali.

 

Na początku spojrzenie w obliczoną pojemność krwi,

 

chwila grozy, pocałunek kuli jak oparzenie – rana,

 

trzecia warstwa: ostateczna, jak czas zapomnianych chwili.

 

Niespłacony dług, przez który pozostajesz na powierzchni wbrew pragnieniom złych ludzi i jakby się im tylko zdawało, że trucizna pozostała wewnątrz; jad, który wznawia starania.

 

Tamtego sierpniowego dnia

 

Twój brat Słońce nie chciał zasnąć bez Ciebie,

 

więc i dzień musiał być nieskończenie długi

 

dlatego i w pewnych pałacach niektórym gorzej się spało.

 

Jest w tym coś niezwykle prostego,

 

a jednak ciepła wątpliwość zalewa serca wielu smutnych dzieci.

 

Boli mnie uśmiech, boli.

 

Oni w Paryżu, w Bolonii, w Madrycie.

 

Ach, wiesz, już dobrze daj się utulić do snu, ziemi,

 

lato w pełni, już dobrze mamo, w bezimiennym grobie, niech będzie pusty, bo jeśli go nie ma to ciała w nim nie ma, to śmierci w nim nie ma; ostatni oddech: pozdrowię Twoich przyjaciół krew, już bez ducha.

 

Sevilla kręci się wokół środka

 

Grenada płacze

 

Ostatni człowiek wyjechał z Kordoby.





„VENI, VIDI, VICI”

 

 

"Nie boję się wcale tych grubych i długowłosych ludzi. Boję się raczej innych, bladych i wysmukłych."

 

(Juliusz Cezar)


Cezar miał wielu przyjaciół

Jadali razem, żartowali, wyruszali na wojny

Władca był spokojny, nie dawał posłuchu

żadnym plotkom.

 

 

I kiedy pewnego dnia stało się tak,

że jego żona miała zły sen,

że jego pies szczekał wyjątkowo głośno

A on skończył właśnie przeglądać spis ludności

 

 

ile nowych urodzeń – ilu zmarło niewolników

Bo na tym świecie jest tak:

życie miesza się ze śmiercią

Przechodzą obok siebie, jak nieznajomi, nie zauważają się.

 

 

Wyszedł więc Cezar na spotkanie Senatu

Żeby nieszczęśliwie dowiedzieć się,

że tak naprawdę nigdy nie miał przyjaciół.






„Mewa”

 

Przeskoczyła na drugi brzeg i jako mewa zaczęła

spalać się i zlewać w bardzo gęstą ciecz.

Każda z jej ośmiu głów szeptała, że nie czas,

ten czas.

 

I tak nagle, kamień osunął jej się spod stóp,

więc ona: jedna, wielka tajemnica –

runęła w dół. I pozostanie tam na zawsze.

Ten dół jest dla nas niebem.

 

Była więc jedna, wielka tajemnica w tym trwaniu słonych łez, które zmieniając się w bursztyn sprawiły,

 

że zbyt wielu ludzi zapomniało o istocie rzeczy, którą nie są zaszczyty, pieniądze, miedziane potęgi,

ale nieistniejące rzeczywistości i idee, jak lawa.

 

Ona przez tę lawę stała się mewą.

I jej bursztynowe łzy kapią na głowy tłumu.

Będą spadać aż do skończenia świata.




„Do sąsiada”

 

Pole minowe na moim asfalcie.

W moim sadzie jest pole minowe.

Drogą ujścia mego żalu są liczne bombardowania.

Pamiętaj, że jeśli stawiasz tu pierwsze kroki,

to los cię nie oszczędzi, a nauka kosztuje.

U mnie to znaczy wieczne wycie wilka,

w jedną godzinę, a w inną rozpalone ogniem niebo,

jakby ostatni ptak chciał opuścić otoczenie przed detonacją ładunku.

Tymczasem ja każdego dnia ciężko pracuję,

aby przypadkiem nie zginąć, wracając swoją ścieżką do sadu.

 

Brakuje mi w tej drodze patosu i symboliki, która rozpędza wędrowanie. Muszę się czasem powstrzymywać, aby celowo nie nadepnąć na minę.

W perspektywie metafizyki cienia to dostarcza wrażeń, i na tym bazują filozofowie całego świata.

Nie mam już żadnych złudzeń, gdy mój żal ulatnia się, słyszę,


jak ktoś zostaje wysadzony w powietrze, nadepnąwszy na wilczą rozpacz, w moim sadzie, na polu minowym.






J. II - VI 2020

Komentarze

Popularne posty