Za spotkania
![]() |
René Magritte "La belle captive" // 1947 |
I:
Utö
Starszy mężczyzna zdejmuje buty i wchodzi do
morza. Pewna Księga mówi: „Kto prosi
otrzymuje, kto szuka znajduje, a kołaczącemu otworzą.” Bywa jednak i tak,
że człowiek nigdy nie dowiaduje się,
jaka była przyczyna jego przybycia na świat i umiera. Szukając całe
życie, znika w pewnym nachalnym momencie, oszałamiając tym wszystkich wokół. Często
nam się zdaje, że wiemy dokładnie, jak powinniśmy się zachować w danej sytuacji,
a jednak nasze decyzje odbiegają od zawłaszczonego wzorca. Wiecznie łudzimy się, że to już ostatni raz,
następnym razem wszystko będzie wyglądało inaczej. W innych okolicznościach nad
Doliną Cienia wzejdzie Słońce. To jest jak droga bez końca. On szedł przez tyle
czasu tylko po to, aby ujrzeć prawdę w pełni. Nie ma na świecie takiego
naczynia, które udźwignęłoby bezmiar łez wylanych przez niego w tym momencie,
ani takiego lustra, które odbiłoby prawdziwe oblicze tego, który płakał.
Człowieka bez wizerunku. Całe życie przymierzającego maski, z których teraz nie
pozostało nic. I tylko jedna myśl: bezkres morza, który w innej rzeczywistości,
o innym czasie, przeniósłby go na tę ziemię, utracony raj. Nie dzisiejszej
nocy. Prawdą tej mgły, która roztacza się nad bezwzględnie pustą plażą jest to,
że już wszystko stracone. I pomimo tylu lat świetności, tak wielkich
codziennych odkryć – umiera. To nie do pomyślenia, ale bardzo łatwo jest się
wymknąć życiu. Wystarczy chwila nieuwagi. Zwłaszcza, kiedy umierać się nie
chce. Faktem jest, że skonać trzeba bez żadnego patosu, który wyobrażają sobie
ci, co stoją na początku swej drogi. Kiedy śmierć przestała być zjawiskiem
biologicznym, a stała się figurą polityczną? Omglony horyzont, a jednak
przejmująco wyraźny. Nie ma na tej przeklętej drodze Wergiliusza. Nie ma
pozostałości po królestwie. Żadnych podbojów nie było, nikt nie zostawiał
organów w piaskach Jerozolimy. Zaschnięta krew to najgorsza krew. Wzbudza
jednak zawsze największe zainteresowanie. Z dalekiej odległości gorzej się
widzi, ale lepiej się ogląda. Bezpieczniej się ocenia. Toteż potomni zawsze są
skorzy do sądzenia i stawiania śmiałych tez. Być może tylko ta ciekawość czyni
nas w pewnym sensie wyjątkowymi istotami, ale gdyby tak było, to wciąż mało. Od
wielu lat nie może spać. Dręczą go urojenia, okrutne wizje, jakby własny umysł
naigrywał się z niego. Został skazany na to straszne piekło pamięci, najgorszy
z możliwych wyroków. Człowieka tworzy tylko jedno rozdarcie: niemożliwość
trwania, a jednocześnie przerażenie ideą niebytu. Nawet nie jesteśmy w stanie
stwierdzić, czy po śmierci czeka nas już tylko cisza. Być może Dolina Cienia
rozciąga się także i na nasz los pośmiertny? Słońce wschodzi, zaczyna się przejaśniać.
Świat zdaje się łagodnieć i rzeczywistość pozwala się utulić ciepłym
promieniom. Warto sobie powiedzieć, że Ziemia nosi w sobie wiele cudów. Kiedy
tak stał, z umysłem w przeszłości, sercem w kosmosie, a stopami w Morzu
Bałtyckim, jego oczom ukazała się sylwetka młodej kobiety, która podążała w
jego stronę. Dziewczyna przywitała się, usiadła na jednym z kamieni i wbiła
wzrok w morze. Lazurowe oczy odbijały blask porannych promieni i przez chwilę
poczuł, że doświadczył już czegoś podobnego dawno temu. To miłe wspomnienie
mimowolnie wywołało uśmiech na jego twarzy, co nie umknęło uwadze dziewczyny.
Zachęcona pogodną twarzą staruszka zaczęła:
- Magiczny poranek.
- Tak, naprawdę jeden z
piękniejszych, jakich doświadczyłem w życiu.
Dziewczyna spojrzała na
niego uważnie. Zdawało się, że ten mężczyzna przeżył ich bardzo wiele. Był o
wiele starszy od jej dziadka, który zmarł rok wcześniej. Zmarszczki na jego
czole przybrały jakąś szlachetną formę, jakby bardzo pragnęły opowiedzieć wiele
historii. Ciekawa blizna zdobiła jego nos. Najdziwniejsze były jednak oczy.
Jasne, bardziej białe niż niebieskie. Puste. Ewa bardziej postanowiła zwracać uwagę
na oczy ludzi, oraz w ogóle na ich wygląd, odkąd zaczęła tracić wzrok. Jeszcze
maksymalnie dwa miesiące widzenia, później będzie musiała pożegnać się z jednym
ze zmysłów. Przyglądała się więc wszystkiemu, aby dobrze zapamiętać świat.
Analizowała ludzkie twarze niczym precyzyjny portrecista. Ten człowiek miał
wyjątkowo interesującą twarz. W końcu i on odwrócił wzrok od bezkresu błękitu i
spojrzał na nią, trochę zirytowany. Zmieszała się, ale wytrzymała to
spojrzenie. Była już na tym etapie choroby, że musiała skoncentrować się, aby
dostrzec tak charakterystyczne znaki, jak na przykład piegi na policzkach. Ten
staruszek miał kilka piegów. Kiedy zorientował się, jak dziewczyna mruży oczy,
żeby je policzyć, roześmiał się na głos. Ewa też zaczęła się śmiać i wtedy on
zapytał:
- Jest pani tutaj nowa,
prawda? Znam wszystkich w okolicy. A ta plaża to była moja tajemnica… jak ją pani
znalazła? Wejście zarośnięte jest krzakami…
- Tak, przyjechałam
wczoraj wieczorem. Planuję zostać na trochę, to takie piękne miejsce! Uwielbiam
wschody Słońca, a plaża… cóż, lubię odkrywać… - uśmiechnęła się i przeczesała
włosy dłonią.
- Pozostaje mi życzyć
pani miłego dnia…
- Mam na imię Ewa,
bardzo mi miło pana poznać – wyciągnęła rękę w jego kierunku.
- Karol. Wszystkiego
dobrego, na mnie już pora.
Była pod wrażeniem jak
sprawnie ten starszy pan formułował myśli. Wśród szlachetnych zmarszczek,
blizny na nosie, jasnych oczu i piegów widoczne były oznaki upływającego czasu.
Pomyślała, że to godne pozazdroszczenia. Tyle lat przeżytych w tak dobrej
kondycji. Tak, niektórzy mają szczęście doświadczać życia w całej rozciągłości.
Ona zawsze myślami krążyła wokół przyszłości. Nie potrafiła odczuwać
przyjemności z chwili. Każdego dnia, od nowa stawała na początku swojej drogi
(jak, ci, którzy nie wierzą w łatwość śmierci, o których wcześniej rozmyślał
Karol). Droga bez końca. A może w ogóle jej nie ma? Jutro może zginąć w wypadku
samochodowym. Niech ginie, wszystko jest lepsze niż to potworne trwanie! Z
diagnozą – jak kamieniem uwiązanym przy szyi. Naprawdę… czyż ten piasek, morze,
mewy, roślinność i przybrzeżne kamienie nie mogą poświęcić chwili jej
cierpieniu?! Przeklęte pokolenie, otula się swoim bólem, a później błaga, żeby
go wybawić. Jeszcze przyjdzie na to czas, ale kto nas wtedy uratuje? Karol już
zniknął, między linią horyzontu a
niebem, jakby podążając za budzącym się Słońcem. On należy do innego pokolenia,
innej gliny człowieczej, zupełnie inny wycinek historii reprezentuje. Ciekawe co ma do powiedzenia – pomyślała
dziewczyna. Słońce wzeszło już w pełni. Zaczęło roztapiać całą okolicę. Nawet
Ty, Słońce, już gniewasz się na nas. Wytrzymaj jeszcze trochę. Pogrywamy z tobą
od stuleci, a Ty dalej przy nas trwasz, chociaż zdajesz się już wypowiadać
ostatnie słowa. Pewnie niechętnie. Spojrzała na wyświetlacz telefonu. Czas
wracać. Może powinna kogoś powiadomić, że dotarła? Nie, postanowiła, że na czas
swojego pobytu na Utö nie będzie myśleć o innych ludziach, tymczasem już pierwszego dnia
spotyka ciekawego człowieka. Domek, w którym wynajmuje pokój położony jest
kilometr od tej dzikiej plaży. Musi jeszcze odebrać zapasowe klucze od
właściciela. Wracając starała się oglądać każdy kamień, jakby miała go już
nigdy nie ujrzeć. Zresztą kto może wiedzieć takie rzeczy na pewno.
II: Dom
Czy
TO państwo jest moim domem? Bolączką pokolenia Ewy nie jest
to, że odczuwa silną potrzebę znalezienia swojego miejsca w świecie, ale, że w
ogóle to pragnienie się rodzi. Jak głęboko trzeba zatopić się w miłości
własnej, aby podnieść kwestię wyjazdu z najdroższego gniazda, które ją zrodziło
i wzniosło, niczym gotycką katedrę. Nie, to nie tak, nikt już dzisiaj tak nie
myśli, nawet nie rozważa się tego rodzaju uczuć. To nie miejsce determinuje
nasze samopoczucie, ale świat wewnętrzny. Przed tym krajem nie ma ucieczki…
Nawet na końcu świata, dopadnie Cię ta pustka. Jest to zrozumiałe i bardzo
naturalne, że pewnego dnia budzisz się i myślisz: „Ach tak, to już dzisiaj,
dziękuję za wszystkie lata miłych spotkań, celebracji i balów, żegnam państwa,
byliście moją udręką i plagą, ciepłą szarlotką w ponure niedzielne popołudnie i
dobrą radą, teraz muszę odejść.” I odchodzisz, i może jesteś nawet szczęśliwy.
Ale miej na uwadze, że zostawiłeś nie tylko łąki i pola, i muzea. Te groby,
które raz zamknięto już się nie otworzą. Raz wybrałeś, więc już na zawsze tak
wybieraj! Drzewa, najcichsi świadkowie przedziwnych historii stoją przez wieki
w tym samym miejscu. Nikt nie śmie zarzucić im bezczynności! Ale Ty
zdecydowałeś inaczej. Również się nie
oglądaj. Trwaj w tym, co postanowiłeś a odnajdziesz spokój i zrozumiesz, że w
sobie masz swoje miejsce na świecie. „Podróżować
jest pożytecznie, to wprawia w ruch wyobraźnię…” resztę sam dobrze
pamiętasz. Karol otworzył drzwi do swojej nadmorskiej chaty. Zaraz na powitanie
padł mu do stóp najlepszy przyjaciel, Ares. Ten owczarek wiele by dał za
możliwość spaceru po plaży. Jednak odkąd stracił jedną łapę nie jest w stanie
poruszać się na tyle szybko, poza tym sprawia mu to ogromny ból. Mężczyzna musi
go znosić z drewnianych schodów, a później patrzy na niego, kiedy tarza się w
piasku. Karol nastawił wodę na herbatę i wyjął z szafki kubek. Pamiątkę
rodzinną. Ostatnią rzecz materialną, która łączy go z przeszłością. Nie ma
żadnego zdjęcia. Jakże strasznie mu się tu żyje, mając w pamięci Dom. Absolut, któremu nic nigdy nie
będzie w stanie dorównać. Pole Marsowe i Dostojewski. Karol zwiedził wiele.
Znaczną część świata. Ze wspomnień najtrwalej uderza go Hiszpania. Jak w jednej
chwili poczuł wielką siłę i niemoc. I zupełnie nieoczywisty przypływ czułości w
stosunku do obcych mu ludzi. A potem Rodimcew, który kazał strzelać do
anarchistów. Jakże niesprawiedliwe są ludzkie losy! Później już tylko Czechosłowacja, Gruzja, Afga… łyżeczka
wypadła mu z rąk. Prawdę mówiąc on sam nie jest pewny, czy bardziej współczuje
współczesnym jemu (z których większość zginęła na różnych przypadkowych wojnach),
czy tej zacietrzewionej masie, którą mija każdego dnia na ulicach. Właśnie
dlatego wyjechał z miasta. To, że oni żyją
jest już wystarczająco nierealne, po tym, co widział… ale to, z jaką beztroską
przyjmują każdy dzień było nie do zniesienia. Ciekawe skąd wzięła się tamta dziewczyna na plaży. Skoro ktoś tu
przyjeżdża, też musi odczuwać chęć ucieczki, tak. Kiedy następnym razem ją
spotka zapyta ją o to. Tymczasem Ewa zdążyła już odebrać klucze od właściciela
i postanowiła położyć się spać, ponieważ była zmęczona po podróży. Oczy bolały
ją coraz bardziej. Czuła, że nadchodzi dla niej bergmanowska „godzina wilka”. Może jutro jeszcze
zobaczy Słońce. To w pewnym sensie piękne kłaść się każdego dnia do łóżka z
nadzieją.
III:
Nie-pamięć
Kiedy się obudziła,
poczuła, że nie może otworzyć oczu, chociaż przecież zrobiła to – zawsze –
podobnie do nas – automatycznie. I pojęła, że może właśnie straciła wzrok.
Przed sobą miała ciemność, ale nie zwyczajną, czarną, pełną nieświadomości i
beztroski, jak wtedy, kiedy zasypiasz, nie. To był mrok pełen różnego rodzaju
wizji, niestrasznych, ale stworzonych przez zdezorientowany mózg. Przeraziła
się tym i wtedy jakby wróciła do siebie. Patrzy - widzi. A więc to jeszcze nie teraz. Wzrok
to nie jest tylko narzędzie. To wielkie zadośćuczynienie wszystkim blaskom i
mrokom świata. To cała wieczność, doświadczana już za życia. I wszechświat, który
wzbudza przecież nieustanne zainteresowanie ludzi. Dziewczyna sięgnęła do
szuflady szafki nocnej, która znajdowała się blisko jej łóżka i wzięła do ręki
całą paczkę tabletek. Nie ma sensu udawać, że to jej lekarstwa, tym bardziej
przed nami nie musi przecież udawać. Bierze ABC, którego jednak nie kupuje od
znajomego dilera, ale od pań aptekarek. Każdego dnia inna pani podaje z
uśmiechem na twarzy Ewie opakowanie surowej śmierci. Z niektórych leków kodeiny
nie trzeba nawet wytrząsać, to po prostu czysta dawka haju. I różnych śmieci,
trujących wątrobę na przykład, to prawda, ale któżby się tym przejmował.
Globalne ocieplenie zabije nas w ciągu najbliższych trzydziestu lat i chyba
jasne jest, że ostanie o czym będzie wtedy myślała to dziurawa wątroba. Trzeba
jednak przyznać, że jej choroba miała udział w rozwinięciu tego tanga z lekami.
Po pierwszej operacji przyjmowała w dużych ilościach morfinę, co miało
uśmierzyć bóle neurologiczne. I tak, oprócz morfiny, a następnie (gdy w
szpitalu przyłapano ją na kradzieży ampułek) - cztery razy słabszej kodeiny, Ewie
udzielił się radosny nihilizm. Mówię radosny, bo była raczej za Camusem niż
Sartrem. Zaczytywała się w „Obcym” i
„Dżumie” i dawało jej to poczucie
wielkiego zrozumienia i chęci trwania w tym, co ją jeszcze czeka, mimo
wszystko. Zdaje się, że w tym tkwi wielka tajemnica człowieka, że zawsze może
trwać. Nawet jeśli jest to upokarzające i smutne życie. Tutaj znowu nasz (i Ewy)
przyjaciel –Albert – przychodzi z pomocą. Trzeba nadać sobie samemu cel. Łatwo
powiedzieć Przyjacielu, Ty pochodzisz z epoki intelektualistów, artystów i
mędrców. Również ludzi brutalnych, ale przecież celowych – zawsze. Celowość w
życiu to jeden z niewielu dogmatów, które się jeszcze ceni. Ma on niebagatelne
znaczenie. Niestety dziewczyna, która właśnie zażyła swoją codzienną dawkę
kodeiny zna te postacie i doktryny tylko z literackich ekspresji fantastów i
fanatyków. To, czego doświadczyła to głównie chaos. Tak, wolność, ale wielka
anarchia. I, chociaż zdaje się to być daleko idącym stwierdzeniem – może jest
to w pewnych okolicznościach gorsze niż pełna paleta możliwości. Z głębi
dobiegają nas głosy, że to nie może trwać i nie potrwa już długo. Więc może to
nie lodowiec stopnieje, ale świat skończy się w płomieniach, jak u Ciorana? Ewa
wie, że musi wstać. Stara się oczyścić
umysł, jak każdego poranka. Od kiedy medytuje ma poczucie, że ktoś okrada ją z
myśli. Może warto przechowywać je wszystkie. Powoli wstała z łóżka , wyciągnęła
z walizki ubranie i poszła pod prysznic. Zaczęła tworzyć w myślach pretekst,
aby zapytać tego spotkanego mężczyznę o jego przeszłość, kiedy następnym razem
się spotkają. W tym samym czasie Karol wychodził właśnie z domu, aby udać się
do biblioteki. Tylko tam spotykał jeszcze dawnych znajomych. W opowieściach i
baśniach. I nagle uderzyło go z wielką siłą gwałtowne wspomnienie. „Przecież ta dziewczyna z plaży wygląda
zupełnie jak Anna! Jak mogłem nie wiedzieć tego od razu…” Wyszedł z
biblioteki i ruszył w kierunku morza.
IV:
Rozwiązanie
Ewa stała na plaży,
blisko morza, jednak na tyle daleko, że słona woda nie kalała jej wrażliwych
stóp. Karol zatrzymał się i stanął za wydmą tak, że on ją widział, ale ona go
jeszcze nie. „Anno, wróciłaś…”. Anna
nie wróciła. Annę rozerwał granat w mieście X w państwie Y, latem tysiąc
dziewięćset czterdziestego piątego roku. Od tamtej pory w sercu Karola rośnie
wielki żal, a w jego głowie zamieszkał duch kobiety, która nigdy nie istniała,
na pewno nie dla niego. Ewa powiedziałaby, że to nie jest w ogóle ważne, bo w rzeczywistości
nikt nikogo nie zna, nawet siebie (zwłaszcza siebie). Nie powie tego jednak, nie
tylko dlatego, że teraz w ogóle nie ma świadomości, że Karol się jej przygląda,
nie zna Karola i nie wie, że mu kogoś przypomina, ale dlatego, iż od rana nie
widzi sensu swojej dalszej podróży. Tym razem nie widzi metaforycznie, bo
zmysły wyjątkowo są jej dzisiaj przychylne. Cóż więcej można powiedzieć? Zdaje
się to oczywiste, że osobie, która powzięła zamiar odebrania sobie życia
pozostaje jedynie współczuć. Wszelkie porady okazują się tak puste, jak puste
mogą być tylko słowa. „Na początku było
Słowo.” Niech więc będzie i na końcu. Tylko niech nie pyta… i nie pociesza.
Nie wygłasza opinii, nie kpi. Może sobie oszczędzić ironię. Zarówno jeśli
chodzi o pokolenie Karola, jak i plemię Ewy. Coś się zbliża. Karol dalej
przygląda się jej z oddali. Wiatr mierzwi włosy dziewczyny. Już dobrze.
Słyszysz, to gdy jest blisko? Umiesz zorientować się, kiedy tworzą się kontury,
czy widzisz dopiero, bo pojawia się konkretny kształt? Kiedy jest widoczne,
przestaje być kwestią wiary, a staje się brutalną prawdą rzuconą prostemu
człowiekowi, obywatelowi i nie-obywatelowi prosto w twarz. Śmierć niejedno ma
imię. Przychodzi w przeróżnych momentach i zjawia się pod różnymi postaciami.
Nienawiść, wojna, niechęć, nuda, niepogoda. Krew, czasem ostre narzędzia –
stal, brzytwa, pocisk. Częściej: pigułka, pastylka, sakrament, sznur, stodoła,
most. Pole bitwy i krajobraz zagłady. Zamknięte oczy. Już przeszło. My wszyscy
możemy być spokojni. To tylko Ewa, Karol i Anna. Mężczyzna podszedł w końcu do
dziewczyny. Widząc go, podała mu rękę i uśmiechnęła się. – Z dala od ludzi
czuję się najlepiej, jak w domu. Mogę się pogrążyć w myślach.
- Mało osób to rozumie,
ale ja wiem doskonale o czym mówisz Aniu.
- Przepraszam, ale mam
na imię Ewa. Zresztą… niech będzie Anna.
Karol uśmiechnął się.
Po wielu latach znowu zobaczył niebieskie oczy Anny.
- O czym pan myśli? –
zapytała nieśmiało. Mężczyzna nie odpowiedział, zdjął koszulę i wszedł do morza.
Ewa patrzyła jak pływa. W myślach znała już plan swojej śmierci. Marzyła o tym,
żeby ktoś po pogrzebie wydłubał jej oczy z oczodołów i zakopał w odrębnej
dziurze. Byłaby to prawdziwa metafora jej życia. Nie dowiedziała się niczego o
tym tajemniczym starcu, a jednak jego obecność jest dla niej naprawdę kojąca.
Pomyślała, że odejdzie w prawdziwym spokoju. Wyobraziła sobie, że z Utö patrzy na Polskę. Ta chwila stała się dla niej wieczna.
Mężczyzna wyszedł z wody, popatrzył w jej oczy i pocałował ją. Ewa oddała
pocałunek. Wróciła do wynajmowanego domku i zostawiła
otwarte drzwi. Kilka godzin siedziała wpatrzona w sufit. On po powrocie do domu
zmienił opatrunek Aresowi, który jak zwykle entuzjastycznie machał ogonem na
jego widok. Pies, który zawsze umiał docenić i zauważyć swoje szczęście.
Nazajutrz Karol dowiedział się, że Anna umarła po raz drugi. Tym razem poddała
się sile wewnętrznej, nie zewnętrznej. Zużyte gałki oczne Ewy zostały złożone w
osobnym pudełku, tak, jak chciała. Karol zmarł ze starości niedługo po
pogrzebie. Ares został zaadoptowany przez młode małżeństwo i żył jeszcze wiele
lat, ze swoją pogodną naiwnością i trzema łapami.


Komentarze
Prześlij komentarz